Ile to już czasu minęło, odkąd pierwszy raz kazano nam zamknąć się w swoich czterech ścianach. Ile miesięcy, odkąd nasz świat znalazł się w sytuacji, na którą nikt nie był przygotowany. Ile tygodni, odkąd widzieliśmy się wszyscy ostatni raz na uczelniach. I jak niewiele dni, odkąd przynajmniej część rzeczy wraca do normy.

Pandemia koronawirusa odcisnęła piętno na każdym z nas. Na niektórych nawet za mocne, sądząc po niebezpiecznie wzrastającej liczbie różnego rodzaju antyszczepionkowców i zwolenników medycyny alternatywnej. Ze swojej perspektywy mogę powiedzieć, że zyskałem na niej stosunkowo sporo czasu – wszak w końcu mogłem nie wychodzić z domu, co wiązało się z oszczędnością tego cennego zasobu. Cieszyłem się z tego przez pierwszy miesiąc, potem stało się to na tyle rutynowe, że cały ten czas marnowałem w innym niż dotychczas stylu.

Spotykam się niekiedy z dość odważnym porównaniem pandemicznych obostrzeń do stanu wojennego. Czy jest to porównanie słuszne czy nie, pozostawiam ocenie Czytelnika, pozwalając sobie tylko na przypomnienie, że plan wprowadzenia stanu wojennego w pewnym momencie jawił się dość realnie. Uniknęliśmy tego, być może chronieni przez jeszcze świeże wspomnienia wydarzeń, jakie miały miejsce niemal 40 lat temu. Dziś jesteśmy na szczęście wolni i mamy… czas.

Ponoć nie można się zatrzymywać w wielkim biegu społeczeństwa, bo kto stanie – ten się cofa. Wszyscy dokądś pędzimy. Wszyscy się spieszymy. Pogoń za różnie definiowanym szczęściem – czy to sławą, czy pieniędzmi, być może miłością – przesłania nam to, ile tak naprawdę mamy czasu. Sam nieraz tłumaczę się, że brakuje mi na wszystko czasu, ale przecież mam go mniej więcej tyle co inni. Mniej więcej, bo ktoś może żyć rok czy dekadę dłużej lub krócej, ale w rozrachunku dnia – to jest dokładnie tyle samo. Każdy inaczej tym czasem gospodaruje.

Zatrzymajmy się na chwilę. Spójrzmy na otaczający nas świat nie jak na wyścig szczurów, potraktujmy go jako skończoną ilość czasu. Przyjrzyjmy się ptakom, drzewom, bezpańskim kotom, innym ludziom. Kiedy już spojrzysz, drogi Czytelniku, na ten wielki zegar świata, który Cię otacza, być może przemknie Ci przez myśl, że tak naprawdę wszyscy mamy jeszcze czas. Po prostu nie wiemy kiedy przyjdzie nasza kolej na zegarmistrza.

Piotr Szczepańczyk

Grafomania jest serią, w której wyżej podpisany autor (czyli ja) w sposób nieregularny i pozbawiony spójności logicznej dzielić się będzie z Państwem tym, co mu akurat neurony do mózgu przyniosły i uznał to za na tyle niebeznadziejne, że można się z tym ujawnić przed światem.
Obserwuj nas w mediach społecznościowych: